Maria Konopnicka
Nasza Szkapa
Częśc I
Częśc II
Maria Konopnicka
życiorys
utwory
Biblioteka
Kordian
Lalka
Medaliony
Moralno?c Pani Dulskiej
Nad Niemnem
Nasza Szkapa
Pan Tadeusz
Syzyfowe Prace

Katalog

Genesis
Ascii
Logosy


"Częśc II"

Felek aż się piętami po łydkach bił, tak ze mną po Żyda leciał. Myśleliśmy, że go Bóg wie gdzie szukać przyjdzie, a on prawie wprost naszej bramy stał, ręce za pas u chałata założył i bokami spluwał. Zupełnie jakby czekał na nas. Kiedy Felek podleciawszy szturchnął go w łokieć, błysnęły mu oczy zmrużone jak kotu i pociągnął nosem. Poszedł za nami prędko, skwapliwie. Ale i on teraz więcej dać nie chciał jak "równe dziewięć złotych". To "równe" mówił takim głosem, jakby do owych dziewięciu złotych przynajmniej z pół rubla dokładał.

Matka znów się zapaliła na twarzy.

- Człowieku! - krzyknęła. - A toćże tego nie ubyło! A toćżeście pierw dziesięć złotych dawali. A toćże to samo!

- Nu, to co, że to samo? - odrzekł flegmatycznie "handel". - Ja się namyślał...

- Dajcież już tak dziesięć złotych, jakeście dawali... Miejcież sumienie!...

- Nu, ja sumienie mam! Żeby ja sumienie nie miał, toby ja ośm złotych dał, a że ja sumienie mam, to ja dam równe dziewięć.

- Ażeby was Bóg ciężko skarał za moją krzywdę - jęknęła matka.

- Co to skarał? - szarpnął się "handel". - Za co skarał... Czy ja darmo chcę wziąć? Czy ja plewy daję? Nu, ja daję gotowe pieniądze.

Matka już nic nie odpowiedziała, twarz jej była tak białą jak krążek opłatka. Kiedy Żyd liczył pieniądze, Felkowi oczy latały za każdą dziesiątką. Co tylko która była choć trochę starta, natychmiast ją z szersgu wyrzucał krzycząc, że fałszywa. Żyd sykał z początku, potem rozczerwienił się tak, jakby go apopleksja tknąć miała, zamierzył się raz nawet na Felka doprowadzony do ostatniej pasji, aż nagle uśmiechnął się, dobył z kamizelki grosz dobrze sczerniały i podając go Felkowi rzekł:

- Nu, ty mądry chłopiec! Ty urzędnikiem będziesz! Na tobie na piernik!

Ale Felek grosza nie brał.

- Tu patrzcie, gdzieście nie dołożyli trojaka - rzekł stukając palcem w kupę groszaków mającą przedstawiać złotówkę. - Tu dołóżcie, a mnie nie zawracajcie piernikiem głowy.

Żyd cmokał coraz silniej z podziwu.

- A kluger Bub - szepnął sam do siebie.

Nareszcie doliczyli się jakoś. Żyd z łoskotem żelazko, moździerz i rondel do brudnego worka wrzucił, a mnie matka posłała po węgle i po chleb.

Kiedy ojciec przyszedł, palił się już w piecu ogień, a my popijaliśmy kolejno wodziankę z żelaznego garnczka.

Ojciec w progu przystanął, popatrzył na ogień, na nas, potem po izbie spojrzał, a kiedy wzrok jego zatrzymał się na opróżnionej półce, spuścił oczy i na palcach do łóżka matczynego poszedł.

Niedługo jakoś potem zelżało. Ogromny huk pękających lodów na Wiśle słychać było nocami. Węgiel jednak ciągleśmy jeszcze kupowali, bo wilgoć w izbie była taka, że się po ścianach sączyło.

Stancja nasza wypróżniła się do czysta. "Na glanc"... - jak mówił Felek.

Poszła gorsza matczyna suknia, poszedł zegar, poszła balia, a kiedy i płaszcz ojca granatowy poszedł, straciłem zupełnie wiarę w te rzeczy, które są "raz na całe życie", zwłaszcza po niedawnym doświadczeniu z żelazkiem.

Chodziliśmy teraz po pustej izbie jakby po kościele, a Felek hukał złożywszy przy ustach dłonie, żeby mu echo odpowiadało. Pan doktor wszakże przychodził do matki, a i do apteki latałem. Garnek żelazny też jeszcze był, aleśmy rzadko kiedy obiad gotowali; uwarzyło się ziemniaków na rano, to i na wieczór były, a w południe tośmy latali za kotami gospodarza, bo okrutnie po dachach wrzeszczały.

Jednego razu ojciec u kuferka na ziemi przysiadł, otworzył go i długo medytował nad nim.

A była tego dnia duża odwilż, z dachów ciekło, wróble się darły, a słońce pierwszy raz tej zimy do naszej suteryny zajrzało. Ale matce było znowu gorzej. Całą noc kaszel ją męczył, a pić to wołała więcej niż pięć razy. Lekarstwa nie było. Felek wspiął się na palce i ojcu przez ramię patrzył. Myślał, że Bóg wie co zobaczy, a tymczasem nic. Ojciec tylko głową kiwał, wąsy skubał i patrzył w milczeniu na zerwone, leżące na dnie zawiniątko. Sięgnął wreszcie po nie, harmonijkę wyjął i siadłszy na matczynym łóżku grać zaczął.

Matka ożywiła się nieco słuchając, kazała sobie Piotrusia podać do łóżka, a i my stanęliśmy w pobliżu, słuchając.

Zrazu grał ojciec wesoło, a grając tak mówił do matki:

- Pamiętasz, Anulku, Bielany? Pamiętasz, jak my się to poznali? Jakem ci to przygrywał idący?

- Pamiętam, serce - rzekła matka z cicha.

- Albo to, pamiętasz?... To ci było w Trójcę, na odpuście, na Solcu...

- Pamiętam - szepnęła matka.

- Tęgi sztajer! - mruknął do mnie Felek szturchnąwszy mnie pod żebro.

- Miałaś wtedy tę różową w kratkę suknię i okrutnie mi się potem bez ciebie cniło coś ze trzy dni - mówił ojciec miękkim głosem. - A to, Anulka?...

- Tego nie wiem...

- Jak nie wiesz?... To przecie było na Woli, co my tam ze szwagrem poszli, corn to kuflem cisnął w tego Niemca, że się do ciebie przysiadł...

- A prawda! - szepnęła matka.

Ojciec grał dalej. Harmonijkę na kolanie trzymał, rozciągał ją i zesuwał, a po klapeczkach drobniutko palcami przebierał.

Jak żyję, nie słyszałem piękniejszej muzyki.

- Anulka! A to?... Jakże?...

- Pamiętam, Filipku! - mówiła matka - to było tej niedzieli, kiedyś na zapowiedzie dał. W Czerniakowie my byli z nieboszczką matką...

- Po miesiącuśmy już wracali - dodał ojciec. - Graliśmy w zielone...

- A jak wtedy bez pachniał!... A co słowików śpiewało...

- A jaka ty wtedy śliczna była... Jak ta róża w kwiecie...

Felek szturchnął mnie w żebro.

- A jak ty wtedy grał, serce... Jak ty grał...

Uśmiechnęła się, westchnęła, zdawała się zasypiać.

Ojciec i teraz grał ślicznie. Z początku wesoło, raźnie, jak gdyby do tańca, same nogi nam podrygiwały. Potem, jakby się do tej wesołości co przymieszało, coraz smutniej, coraz smutniej, jakoby do płaczu, tak że Felek pięścią oczy raz i drugi wytarł; aż rozciągnął ojciec harmonijkę razem ze stron obu i dobył z niej głos tak żałosny, jak na organach, kiedy umarłemu grają.

Matka spała. Często na nią teraz przychodził sen taki, jakby nagle kto makiem oczy jej posypał. A budziła się potem osłabła, blada, z zimnym potem na wychudłej twarzy.

Posiedział tedy ojciec ze zwieszoną głową, posiedział, po czym westchnąwszy wstał, harmonijkę w ową czerwoną chustczynę owinął, pod pachę ją wsadził, a nasunąwszy czapkę, na palcach wyszedł.

Kiedyśmy się we trzech na sienniku pod matczyną chustką znaleźli, trącił mnie Felek w bok i rzekł półgłosem:

- Wicek!

- A co!

- Wiesz?... Stary to ci płakał przy tym graniu!

- E-e-e?...

- Dalibóg! - przysięgał Felek palnąwszy się pięścią w piersi, aż mu w nich coś jękło. - Przecieżem nie ślepy, widziałem... Tylko mu te łzy po wąsach kipiały...

- A cóż chcesz! - dodał po chwili - jak sobie człowiek tak wszystko jedno po drugim rozpomni...

Westchnął ciężko, poleżał chwilę cicho i na bok się do pieca odwrócił; zaraz potem usłyszałem jego chrapanie. Ojciec tego wieczora późno do domu wrócił, ale przyniósł matce lekarstwo, ogień rozpalił i zrobił herbaty. Długo tej nocy usnąć nie mogłem, a w głowie ciągle mi coś grało, to smutno, to wesoło. Śniły mi się eż różności do białego rana. A to, że ogród jest w izbie i że bez na piecu kwitnie, a to, że w sieni słowiki śpiewają, a to, że na ścianie, tam gdzie dawniej zegar wisiał, teraz stoi srebrny księżyc w pełni...

Kiedym się obudził, Felek już stał na sienniku i zapinał pasek na opadających go porciętach. Przez otwartą, srodze połataną koszulę sterczały mu wychudzone żebra, z kołnierza wychylała się szyja cienka jak u wróbla i niezmiernie chude nogi czyniły go znacznie wyższym, niźli był w istocie.

- Felek! - zawołałem. - Cóżeś ty tak jak tyka przez ten miesiąc urósł?

- Głupi! - roześmiał się Felek. - Ja tylko się wyciągam, żeby brzuch mniejszy był.

Wyciągnął się przede mną jak struna.

- A co? - zapytał.

- A to wyglądasz jak śledź marynowany.

- To dobrze! - zawołał Felek. - Walę na pajaca.

A kiedym się śmiał:

- A co? - rzekł - zły chleb, myślisz?

I trzasnąwszy się rękami po udach, w górę wyskoczył, kozła w powietrzu przewrócił, po czym na cztery łapy jak kot cicho padł.

- Wiesz? - rzekł - to przez tego pędraka takem się wyciągnął - i wskazał głową na Piotrusia, który zwykle najwcześniej się budził i do garnka patrzeć szedł, czy tam. czego od wczoraj nie znajdzie.

- Jak idziem do ochrony - mówił dalej Felek - to ci całą drogę skomlę, że głodny. Muszę mu co dzień pół mego chleba fasować, żeby cicho był.

- E-e-e? - zapytałem niedowierzająco, czując, że ja bym się może na bohaterstwo takie nie zdobył.

- Jak Pana Boga kocham! - przysiągł się natychmiast Felek grzmotnąwszy się kułakiem w suche jak szczapa piersi.

I patrząc na Piotrusia, który na swoich krótkich, pałąkowatych nogach, z dużym, rozdętym ziemniakami brzuchem przez izbę się toczył, wybuchnęliśmy obydwaj szalonym, niepowstrzymanym śmiechem.

- Czego wy się tam tak śmiejecie, chłopcy? - zapytała słabym głosem matka.

- A to z Piotrusia - odrzekł Felek - że taki gruby...

- Gdzie on tam gruby, biedaczysko! Z czegóż by on był gruby! - mówiła matka. - Piotruś! - dodała. - A pójdźże do mamy, sieroto.

I uśmiechała się do niego głaszcząc go po głowie, podczas kiedy my obaj dusiliśmy się od śmiechu z tej "hecy" - jak mówił Felek.

Wesołość nasza jednak wkrótce zasępioną została.

- Wiesz co, Anulku? - rzekł tego dnia ojciec siadając na matczynym łóżku. - Trza będzie chyba szkapę między ludzi puścić.

- Szkapę?... - zawołała matka i aż się na łóżku podniosła. - Bój się Boga, Filip! A toć nas ona wszystkich żywi!...

Ojciec się ciężko na ręku wsparł i wąsy w milczeniu skubał.

- Żywi albo nie żywi! - odezwał się po chwili. - Z kacierzem* na rzece się nie pokaż, woda rwie tak, że to ha! Koło żwiru nijakiej roboty nie ma, piasku też licho co odchodzi, na plecach by to człowiek rozniósł, a tu na każdy dzień sieczki kup, a i otrąb choć z garstkę, boć to owsa nie uwidzi w żłobie; tera pomieszczenie, tera ściółka, a wszystko drogo.

Matka jęknęła tylko.

Struchleliśmy słuchając. Piotruś oczy na ojca wytrzeszczył i otworzył usta; ja stałem jakby skamieniały.

Dopiero Felek taką mi sójkę w bok wsadził, że mnie aż zamroczyło.

- Słyszysz, Wicek! - krzyknął mi w samo ucho.

- A toeżem nie głuchy - huknąłem mu w ucho głośniej jeszcze. I zaraz my wylecieli do sieni, bo nas taka żałość zdjęła, że tylko się za łby drzeć.

Szkapę kochaliśmy niezmiernie. Jak tylko zapamiętam, na świecie zawsze był ojciec, matka i szkapa. Felka potem dopiero bociany przyniosły. Piotrusia takoż, ale szkapa należała do rzędu tych istot, które są zawsze. Są, bo są. Wyobrazić sobie po prostu nie mogłem ani jej początku, ani też jej końca. Szkapa należała do nas, a my do niej; ani my od niej, ani ona od nas nie mogła się odłączyć. Było to tak naturalnym, żem zgoła nie pojmował innego porządku rzeczy. Kogo by tam brakło w naszej gromadce, to by brakło, ale nigdy szkapy. Toć to była cała nasza uciecha.

Kiedy ojciec z rzeki do domu wracał, wybiegaliśmy - gdzie! aż w pół drogi, byle prędzej szkapę zobaczyć. Co który miał, to jej niósł i do pyska wtykał: kawałek chleba, ziemniak, znalezioną w podwórzu skórkę z cytryny.

I szkapa nas kochała bardzo. Z daleka już rżała ku nam i przyśpieszała kroku strzygąc radośnie uszami, a kiedyśmy ją po szyi, po bokach klepali, rozumiała wybornie tę pieszczotę i zwiesiwszy łeb swój ciężki skubała nas po włosach, po kurtkach. Piotruś zwłaszcza był jej ulubieńcom; po prostu rżała na ojca, żeby go wziął z sobą.

Kiedy ją ojciec wyprzągał, zaczynała się dopiero heca. Natychmiast Felek wskakiwał na jej grzbiet kościsty, od starego chomąta obdarty, i podczas kiedy szkapa zanurzała swój łeb ogromny w głębinach uwiązanego jej u karku worka z chudą sieczką, on przyklęknąwszy na jedno kolano lub stanąwszy na jednej nodze wywijał czapką i krzyczał:

- A to jest sławny jeździec z suteryny, co nigdy nie traci miny! Nazywa się Feliks Mostowiak herbu gnat! Je chudy, ale chwat! Kto da więcej?...

Na to "kto da więcej" wybuchaliśmy tak piekielną wrzawą, że aż ludzie wybiegali z oficyn.

Po Felku gramolił się na szkapę Piotruś, aleśmy go ledwie podsadzić mogli, tak go przeważała rozdęta brzuszyna. Szkapę z Piotrusiem oprowadzaliśmy w tryumfie po podwórzu nie dawszy jej spokojnie sieczki owej spożyć, a Felek znów wywijał czapką i wrzeszczał:

- A to jest Piotruś, herbu szczur! Ma dwie łaty i osiem dziur! Dwóch zębów nie ma na przedzie i na szkapie jedzie!.,. Kto da więcej?...

Skąd on tu to "kto da więcej" przyczepił, nigdym odgadnąć nie mógł; Felek sam utrzymywał, że to już tak jedno do drugiego pasuje. I znów wybuchaliśmy szatańską wrzawą, jakby nas nie trzech, ale ze trzydziestu było.

- Przypatrzta się, moi ludzie - mówiła stojąc we drzwiach tłusta sklepikarka - co też te bestie chłopaki Mostowiaków nie wyprawiają z tą kobyłą! A toć to czyste małpy z meranzieryi.

I chwytała się za boki trzęsąc od śmiechu, aż jej oczy w tłustej twarzy zupełnie ginęły.

- Oj, batem, batem! - skrzeczała ojcu albo: "powiem mamie", albo "powiem szkapie". Tej pogróżki nie lekceważyliśmy bynajmniej; i często gęsto dostał Piotruś jaki kąsek, szczególniej od Felka, byle tylko "nie powiadał szkapie".

Nie mogliśmy bowiem znieść, kiedy tak patrzyła ha nas smutnie jednym okiem swoim, podczas kiedy na drugim, ślepym i zbielałym, powieka o siwej rzęsie podnosiła się i opadała z wolna, jak gdyby z wyrzutem...

- Słysz, Wicek! - mawiał Felek. - Co ta szkapa takiego w tym ślepiu ma, co tak świdruje?... A to bym. ci wolał, żeby mnie ojciec paskiem przemierzył, niż kiedy ona tak patrzy. Do samego ci hunoru człowiekowi sięga...

Szkapę czyściliśmy co dzień. Ale nigdy nie obeszło się przy tym bez bijatyki o szczotkę i zgrzebło. Cośmy jej wtedy sierści nadarli! cośmy naplątali grzywy! Stała jednak szkapa cierpliwie, zmrużywszy zdrowe oko i tylko od czasu do czasu machała wypełzłym ogonem, jakby się oganiała od bąków.

Zaraz po Wielkiej Nocy zaczynało się pławienie szkapy. Jeszcze woda zimna była jak lód, a my już zawijamy porcięta i dalej do rzeki. Jaki to był tryumfalny pochód! Chłopaki z całej ulicy chcieli z nami lecieć, aleśmy ich odpędzali biczem.

Dopieroż szkapę wodą chlustać, dopieroż jej pęciny i boki wycierać, dopieroż jej wygwizdywać, jakeśmy to u ojca słyszeli. Największa bieda była, kiedy szkapa dla uwolnienia się od nas i naszej opieki parę kroków w wodę dalej poszła.

- Utopi się! utopi - wrzeszczał Piotruś i aż siniał i przysiadał na ziemię obu się rękami brzucha własnego trzymając. Brnęliśmy tedy po nią i za ogon ku brzegowi ciągnęli, po czym zziajani, zmęczeni wracaliśmy do domu, szkapa naprzód, my za nią, mokrzy, ociekający wodą jak topielcy.

I tę to naszą kochaną szkapę ojciec by sprzedać miał?

Było to w naszym rozumieniu coś jakby skończenie świata.

Zaraz też wyleciawszy do sieni palnąłem Felka w ucho, on mnie na odlew w kark, ja znów nie bawiący grzmotnąłem go w plecy, on znów mnie pięścią w bok, aż mi świeczki w oczach stanęły. Za czym my się oba za czupryny chwycili i splątali jak kłębek, potoczyli razem do progu. A taka w nas żałość była, taka z tej żałości srogość, że żaden pary nie puścił, nie pisnął nawet.

Zaraz też nam się po tej dzierce lżej na sercu stało.

Jużeśmy do izby wrócili, bo zimnisko ze dworu gnało, a ojciec precz jeszcze perswadował matce:

- Tera ci się za nią siaki taki grosina weźmie; a jak przychudnie, boć już i sieczki ujmuję, to kto co za nią da? Cóż, Anulka! Jak se myślisz, serce?

- I cóż ja se mam myśleć, mój Filipie?... Myślę, że nas Bóg ciężko dotknął tą chorobą. Myślę, żem ci się kamieniem u szyi stała i do dna cię ciągnę... O tych sierotach myślę...

Zakryła oczy ręką i zaszlochała głośno. Ojciec całował ją po głowie.

- Anulka!... Serce!... Anulka!... - powtarzał, aż nagle sam ryknął płaczem.

- Siarczyste!... - mruknął za mną Felek wycierając oczy kułakiem...

Kilka dni minęło, a o sprzedaniu szkapy nie było jakoś mowy.

Matka miała się coraz gorzej. Jej ciężki, chrypiący kaszel z twardego snu dziecięcego po nocach nas budził. Raz w raz też zasypiała we dnie, a mimo że się nagle ciepło na świecie zrobiło, febra ją chwilami trzęsła, aż zęby szczękały. Ojciec chodził po izbie zgarbiony, żółty, jakby mu z dziesięć lat życia przybyło, a rękę na nas twardą miał i o byle co do czubów nam sięgał, ale żeśmy się tam wielce nie nastręczali, dużą część dnia spędzając w stajence.

Od kiedy zagroziła nam możność utracenia szkapy, stała się nam ona podwójnie drogą. Rozrzewniało nas teraz każde jej parsknięcie, każde ruszenie ogonem.

- O... je! - wołał Piotruś wpatrzony w nią z zachwytem, gdy zanurzała w żłobie łeb swój wielki, a podniósłszy go żuła gołą sieczkę mrużąc zdrowe oko.

- O... pije! - wołał, gdy łeb wsadzała do starego wiaderka, aby żłopnąć raz i drugi wody, którąśmy jej przynosili własnoręcznie.

Ja i Felek siadaliśmy z obu jej stron na żłobie i machając nogami przyglądaliśmy się całymi godzinami każdemu jej ruchowi.

Ziemniaki nawet, któreśmy teraz już co dzień bez okrasy mieli, tuśmy przynosili, aby razem ze szkapą obiad jeść, chociaż dzielić się z nią nie było czym, bo nam samym jakoś się coraz szczupłej dostawało.

Weselej też było w stajence niż w izbie, bo słońce w same zęby świeciło tu nam przez drzwi na ścieżaj otwarte, a do sutereny, do naszego kąta, jak rok długi nie zajrzało nigdy.

- Ależ tu zimno u was - mówił pan doktor zachodząc do matki. - I wilgoć straszna! Powinniście się postarać o suchą i ciepłą izbę dla żony - dodawał, gdy go ojciec wyprowadzał do sieni - żona wasza nie może w takiej izbie leżeć. Powietrze fatalne, zgniłe, żadnej wentylacji, żadnego światła. Powinniście przecież dbać o kobietę, kiedy chora. Z nią coraz gorzej - i musi być gorzej w takich warunkach.

Ojciec gryzł wąsy i milczał ze spuszczoną głową.

- Mleka by też jej trzeba świeżego, mięsa, wina kieliszek czasem... Tu lekarstwa nic nie poradzą, tu dietę trzeba posilną prowadzić...

Poszedł już, już i na drugą ulicę skręcił, bom patrzył za nim, a ojciec precz jeszcze w sieni stał, w ziemię patrzył i wąsy gryzł...

Aż nagle się poruszywszy, koszulę na piersiach szarpnął, woreczek ze szkaplerzem rozerwał i dobywszy z niego srebrny pieniądz z Matką Boską, mnie po węgle i po mleko posłał przykazując, żebym nie powiadał matce, jak i skąd.

Nazajutrz w południe zabieraliśmy się właśnie do przedstawienia i już się Felek na szkapę gramolił, gdy nagle ojciec do stajenki wszedł, a za nim pan Łukasz Smolik, chrzestny Piotrusia naszego, dorożkarz z Pragi. Zaraz mnie coś tkło, więc szturchnąłem Felka i obaj stanęliśmy jak trusie.

Pan Łukasz próg przestąpiwszy bat swój w kącie postawił, ogromny kościsty nos w połę kapoty granatowej utarł i wyciągnąwszy chudą, długą szyję tabakę z wolna zażywał. Człowiek to był już stary, wysoki i dobrze zgarbiony, oczki miał małe, czarne, świdrowate, brwi krzaczaste i chudy, zarastający od spodu podbródek. Pod jego kościstym nosem sterczały żółte, saperskie wąsy, którymi, biorąc tabakę, jak królik poruszał. Spod wielkiej granatowej czapy wyglądały sine, białawym puszkiem porośnięte uszy, z których prawe ozdobione było srebrnym kolczykiem. Do nas zaglądał pan Łukasz rzadko, choć go kumoterstwo z nami łączyło; mówiła o nim matka, że kutwa, że na groszach siedzi; czasem znów przepowiadała, że wszystko Piotrusiowi zapisze, bo wdowiec bezdzietny był.

Kiedyśmy się tak, oniemiawszy nagle, przypatrywali panu Łukaszowi, ojciec - jakby nas nie widział - do żłobu prosto poszedł, szkapę odwiązał i po zadzie ją dłonią uderzył.

- Ano, stara! - zawołał obracając ją łbem do światła. Szkapa zmrużyła zdrowe swoje oko, a ślepym, osłupiałym, szeroko otwartym zdawała się patrzeć gdzieś daleko, daleko.

Pan Łukasz szczyptę tabaki u nosa trzymając zaczął się słodko uśmiechać, a przekrzywiwszy głowę patrzył na szkapę to z lewej, to z prawej strony.

- Che!... Che!... Che!... A co to, kumoczek, przedawać chcesz?... Skórę czy kości?

Spojrzał ojciec posępnie spod oka i zaraz mu się wąsy podniosły, ale przełknął tylko ślinę i rzekł:

- Skóra i kości zarobią u was, kumotrze, na mięso. Byle temu pochlebić trochę owsem, toto będzie jak kluska okrągła.

- A bodaj też kumeńka!... - rozśmiał się znów pan Łukasz. - Pochlebić!

Pochlebić! Ale to owies drogi teraz, kumeńku. Pięć złotych ćwiarteczka, kumeńku! I siano też drogie...

- A drogie - rzekł obojętnie ojciec, ale widziałem, że mu się oczy zapaliły.

- Nastąp! Noga! Ano!... - zawołał uderzając szkapę, która przestąpiła wlokące się za nią postronki.

- Che!... Che!... Che!... - rozśmiał się słodziej jeszcze pan Łukasz. - I szpacik, widzę, jest...

- A jest! - odparł ojciec krótko suchym głosem.

Pociągnąłem Felka za rękaw, jako że bezpieczniej mi się zdało bliżej drzwi trzymać, ale mnie tylko łokciem pchnął i szeroko otwartymi oczyma to na ojca, to na przybyłego patrzył.

- U-u-u... szpat, psia... - mówił tymczasem pan Łukasz, wyciągając obrastający podbródek z żółtej bawełnianej chustki. - U-u-u-u... szpat!... - i ustami cmokać zaczął. - Nie wyjdzie już ona z niego, nie! - dodał wciągając niuch tabaki i kiwając głową.

Ojcu podnosiły się wąsy coraz wyżej, aż je ręką w dół szarpnął.

- Ja jej tam kumotrowi nie wpieram - rzekł patrząc w ziemię. - Dla mnie ona i ze szpatem dobra!

Żeby nie choroba kobiety, tobym kobyły pewno nie puszczał między ludzi!

Toć żywicielka nasza...

Pan Łukasz zmilczał, a schyliwszy się dłonie na kolanach oparł i po nogach szkapie patrzył.

- Łogawa może?... Che!... Che!... Cne!... - rozśmiał się pytająco.

- Łogawa! Ta kobyła łogawa! - krzyknął ojciec, a już cały stał w ogniach.

- Żeby mnie tak Bóg skarał, jak ona łogawa! Pokaż, kumoter?... Gdzie ona łogawa?...

- No... no! - uśmiechał się słodko pan Łukasz - ja też tylko się pytam, boć to przy kupnie konia jak przy żeniaczce: czego nie dopatrzysz okiem, to dopłacisz workiem...

- Ja ta nie machlerz! - rzekł porywczo ojciec, a już mu ręce latać zaczęły. - Ja ta nikogo omachlować nie chcę! Co prawda, powiem, a co nieprawda - nie.

- A co ona? ślepa?... - zapytał nagle prostując się pan Łukasz i rozsunąwszy palcami zmartwiałą powiekę szkapy z bliska jej w oczy zajrzał.

Poruszył się Felek, a przestąpiwszy z nogi na nogę szczypnął mnie w słabiznę tak, żem omal nie wrzasnął.

- A ślepa - odrzekł na podziw spokojnym głosem ojciec, choć znów mu się wąsy zjeżyły. - Na lewe oko ślepa. Takem ją już kupił i taka je. U mnie ta nie oślepła.

- Che, che, che!... - rozśmiał się słodko pan Łukasz i znów do tabaki sięgnął. - Tak mi też, kumeńku, mów! Ślepa!... U-u-u... szpetnie ślepa!... U-u-u!...

Otrząsnął palce i tabakierkę schował.

- Jak ona ślepa jest - rzekł pociągając nosem - to znów inszy interes jest, insze gadanie...

Po twarzy ojca przeleciał nagły ogień.

- A cóż tam za insze gadanie ma być? - rzekł porywczym nieco głosem. - Ślepa, to ślepa! Przecie jej kumoter na książce uczyć nie da, do szkoły nie pośle; A ja kumotrowi powiadam, że druga ślepa szkapa lepsza je niż ta widząca. A to kobyła drożna taka, żem jak żyjący przez tyle lat dróżniejszej nie widział.

- Ale... ale!... - śmiał się słodko pan Łukasz. - Bogdaj cię też, kumeńku, z taką mową. Toć byś ty, kumeńku, wmówić we mnie chciał, że ślepa szkapa najlepsza.

- Najlepsza, nie najlepsza! A równo, com dróżniejszej kobyły nie widział, tom nie widział. A co o wmawianiu, to najmniej, bom przecie katolik, nie Żyd.

Ojciec mówił z wolna, hamując się, ale głos mu kipiał.

Nagle, jakby nas dopiero co zobaczył, chwycił Felka za kark i pchnąwszy go we drzwi krzyknął:

- A nie pójdziecie wy mi stąd, psie nogi?...

Dmuchnęliśmy jak wiatr ze stajenki i jak wiatr do izby wpadli.

W parę pacierzy potem wszedł ojciec uspokojony wraz z panem Łukaszem, jako że nie godzi się o bydle targu przybijać inaczej, tylko w izbie, pod dachem; Cygany tylko nie pilnują tego. Zaraz też zaczęli sobie rękę dawać, pan Łukasz przez połę swej dorożkarskiej kapoty, ojciec przez spencer, co mu w strzępach na grzbiecie wisiał.

- Bóg świadkiem - mówił ojciec - żebym obcemu, a jeszcze też Żydowi za żadne pieniądze kobyły tej nie przedał. Tak wiem, przynajmniej w dobre ręce idzie.

- Che... Che... Che... - śmiał się pan Łukasz - po kumoterstwie! Po kumoterstwie! Krzywdy jej nie zrobię... A jakby, nie daj Boże - tu głową wskazał na matkę, która jak martwa z zamkniętymi oczami leżała - no, toć człowiek nie kamień, toć już tak po przyjacielstwie darmo wywiozę...

Nie odrzekł ojciec nic ani w tę, ani w tę stronę, tylko oczy spuścił i wąsów szarpnął, a matka obudziła się z jękiem. Może nie spała nawet.

Kiedy pan Łukasz zgiąwszy się we dwoje z izby za ojcem wychodził, rzuciliśmy się w te pędy, żeby do szkapy lecieć.

Ale ojciec odwrócił się nagle?

- Ani mi nosem za próg! - krzyknął ostro. - W izbie siedzieć...

I trzasnął drzwiami.

Byliśmy jak ogłuszeni. Patrzyłem na Felka, a on patrzył na mnie; oczy robiły mu się coraz większe, coraz przeźroczystsze, usta i broda jak w febrze latały, aż chwyciwszy się obu garściami za włosy: - Siarczyste! - krzyknął i zaniósł się wielkim płaczem.

Zaczęły się teraz dobre czasy. W izbie zrobiło się ciepło, grzyby po ścianach róść przestały, od sklepikarki pożyczyliśmy drugiego kaganka na kaszę.

Tylko że bez szkapy okrutnie się nam widziało smutno, a co który na stajenkę spojrzał, to mu świeczki w oczach stawały. A i matka jakoś nie miała wskórania.

- Już ja będę umierać, Filipie... - mówiła takim cichuchnym głosem jak ten wiatr letni. - Już się ty nie kosztuj na mnie.

To znów ni z tego, ni z owego jej się poprawiało; wołała, żeby jej piwa zagrzać albo i mleka z masłem, a Piotrusia sama myła, czesała; opowiadała nam wtedy, jak to ona ozdrowieje, jak do Częstochowy pójdzie, jak nas ze sobą zabierze, jakie to my tam zobaczymy wieże, jaki kościół, jakie granie na organach będzie. A miała wtedy płomień na twarzy, a oczy świeciły jej jak próchno. Bywało tak zwykle wieczorem.

Ale gdy przyszedł ranek, leżała niby bez duszy, co dzień bielsza, a jak ta mgiełka przeźroczysta. Ani w niej głosu, ani w niej tchu, ani żadnego chcenia. Porywa się ojciec, ucho do ust przykłada, przykazuje nam cicho być - i słucha. Aż westchnie głośno, jakby sam nagle ożył, i oczy do tego czarnego krzyża nad łóżkiem podniesie.

Ale raz się nie dosłuchał jakoś.

Matka umarła w nocy tak cicho, że nikt nie słyszał nawet.

Piotruś przy niej tej nocy spał, a i on nie słyszał. Wyszła z niej duszyczka jak para; ani się tyle nie załopotała co wróbel, kiedy odlała.

Więc kiedy ojciec, oderwawszy głowę od jej wyschłych piersi, krzyknął, że matka nie żyje, stanęliśmy przed łóżkiem w wielkim zadziwieniu, patrząc na posiniałe usta, to na Piotrusia, który przy jej zimnych, sztywnie wyciągniętych nogach spał ciepły, rumiany, perlistym potem na czółku okryty... Taki ci pędrak, że go śmierć łokciem trąciła, a on nic.

Zaraz się w naszej izbie tumult wielki zrobił, sąsiadek się naschodziło, zaczęły radzić, głowami kiwać, wzdychać, a że nam ojciec tego dnia kaszy nie gotował, a Piotruś jeść płakał, więc go sklepikarka pojęła do siebie, a i nam po bułce dała.

- A to ci baba skruszała! - szepnął Felek, po czym ją zaraz pocałował i bosymi nogami szastnął w zamaszystym ukłonie.

Cały ten dzień było mi tak, jakby mi kto do ucha szeptał: "Nie ma już matki!... Umarła już matka..." To zaraz wycierałem pięściami oczy, bo mi się okrutnie płakać chciało.

Mimo to jednak bawiliśmy się tego dnia doskonale, bo taka u nas ciżba była jak na Ordynackiem. Jak zapamiętam, nigdym tyle ludzi nie widział w naszej suterenie; a co kto przejdzie koło nas, to po głowach głaszcze, to się lituje, to pociąga nosem.

Wczoraj jeszcze w całej kamienicy nikt na nas inaczej nie wołał tylko: łobuzy albo urwipołcie; a dziś, jakby im kto gęby miodem posmarował:

"Sieroty! Sieroteńki! Niebożątka!..."

A Felek tylko się nastawia, a oczami mruga, a co kto przejdzie, to mnie poszturchuje.

- A to ci komedyje! A to tyjatr!... - szepce i w ściśniętych pięściach robi dwie skandaliczne figi, a język sam mu się spoza zębów wysuwa, cienki i ostry jak żądło.

Ojciec tymczasem jak nieprzytomny po izbie chodził; co weźmie, to położy, choć się tam w tej pustce nie było wielce czego jąć.

A baby nuż się w tej naszej biedzie rozglądać, nuż jedna drugiej na ucho szeptać, nuż ramionami ruszać, a głową trząść i stękać... Myślałem, że temu nigdy końca nie będzie, aż się nareszcie rozeszły, bo im obiad z garnków kipiał.

Żeby nie to ludzkie litowanie, tobyśmy i nie czuli tak bardzo, że matka umarła. Z pół roku już się nie podnosiła w tej chorobie, a w ostatnich czasach tak samo cichutko na pościeli leżała jak i teraz. I teraz, kiedym na nią patrzył, zdawało mi się, że spod rzęsów za Piotrusiem oczyma wodzi i uśmiecha się leciuchno, i co tylko ma powiedzieć: "Gdzie on tam gruby, biedaczysko!" Zupełnie jak dawniej; tylko że się tak świece nie paliły przy niej.

Od świec tych padała na nią żółtość przeźroczysta, która mnie straszyła, uczułem też, że zimne miała ręce, gdy nam je ojciec pocałować kazał. Ojcu jednak przy niej ciepło być musiało, bo nabiegawszy się cały dzień, a to do kancelarii, a to do stolarzy, a to o furmankę - kiedy się ludzie rozeszli, na zydlu u łóżka matki siadł, ręką głowę podparł i patrzył: to na krzyż czarny nad łóżkiem matki wiszący, to na głębokie cienie jej zamkniętych oczu. Usnąłem, a on jeszcze siedział. Ale w nocy obudziło mnie ciche szlochanie.

To Felek, który się przez cały dzień szastał i nastawiał i z ludzi wydziwiał, a mnie w boki szturchał - siedział teraz na sienniku, w otwartej na piersiach koszulinie, rękami sterczące kolana objął, patrzył w pustą izbę i płakał.

Trzeciego dnia spaliśmy jeszcze pod magią w sionce, gdzie nam ojciec siennik zaciągnąć kazał, kiedy we śnie usłyszałem jak gdyby znajome rżenie.

Zerwałem się, serce mi biło jak młotem.

Rżenie odezwało się znowu.

- Felek! Szkapa rży! - krzyknąłem chwyciwszy go za ramię.

Szarpnął się i na drugi bok przewrócił, ale gdy rżenie znów słyszeć się dało, porwał się on także, na sienniku siadł i szeroko otworzywszy oczy - słuchał.

Przeciągłe ciche rżenie odezwało się raz jeszcze.

- Szkapa! - wrzasnął Felek i porwawszy na siebie katankę, ku schodom sutereny się rzucił.

Zacząłem się na gwałt odziewać, a tak mi ręce latały, żem do żadnego guzika trafić nie mógł.

- Wstawaj, Piotruś - wołałem - wstawaj! Szkapa przyszła!

Istotnie, przed bramą, zaprzężona do prostego, zasłanego kilimkiem woza, stała nasza szkapa. U karku jej wisiał już Felek objąwszy go oburącz, o ile dostać mógł; przy wozie stał pan Łukasz Smolik i częstował stróża tabaką.

Podnieśliśmy zaraz wrzask nie do opisania.

- Szkapa! Nasza szkapa! Nasza droga, kochana, stara! - wołaliśmy na przemian, głaszcząc ją, klepiąc, tuląc się do niej, gdzie kto mógł.

Piotruś gwałtem gramolić się chciał na nią.

- Stęskniła się bez nas szkapa, co?... Przyszła do nas szkapa?... Przyszła?... Poczciwa, dobra, stara szkapa nasza.

I nuż jej zaglądać w zęby, nuż jej obmacywać nogi, nuż jej grzywę palcami czesać. Ani nam w myśli postało, po co ta szkapa do nas przyszła, na co to wóz ten czekał.

Ale i ona poznała nas także, i ona cieszyła się nami; przednią nogą, którą szpat znacznie pogrubiał, uderzała po bruku wesoło, ochoczo, jakoby krzesząc dla nas iskierki radości; łeb jej to podnosił się, to schylał, nozdrza parskały raźno; to znów na głosy nasze i śmiechy strzygła uszami, wyciągała szyję, a donośne jej rżenie przenikało nas niewymowną rozkoszą.

Rżenie to zlewało się w jedno z trynitarskim dzwonem, który w tej chwili posępnie bić zaczął. Jednocześnie rozległ się z sutereny głuchy odgłos młotka.

Aniśmy się spostrzegli, kiedy na wozie ustawiono trumnę.

- Wio! - zawołał pan Łukasz, szkapa ruszyła, a my przy niej kłusem.

Na rogu ulicy obejrzałem się: gromadka sąsiadek i przechodniów już się rozproszyła, a za wozem, na którym pan Łukasz siedząc powoził, szedł ojciec sam, z czapką w ręku i zwieszoną głową.

Co do nas, biegliśmy tuż przy szkapie wesoło, ochoczo, ani na chwilę nie przerywając rozmów i pieszczoty. Poranek był majowy, promienne słońce zalewało blaskiem ulice, most, Wisłę; z każdej akacji, z każdego gzymsu ćwierkały wróble. Głośniej wszakże niż wróble szczebiotała nasza gromadka.

- Dzisz, Wicek - wołał Felek - jak ci to zgrubiała! Jakie ci to boki wyłożone ma?... Dzisz, jakie ci nowe naszelniki, jaki ci kantar...

I my znów dalej chórem:

- Szkapa! nasza szkapa! Nasza droga, stara szkapa!

Ludzie oglądali się za nami. Dziwnym się im wydawał ten pogrzeb z trójką tak dobrze bawiących się dzieci na czele. Zwłaszcza na moście, gdzie wolniej w tłoku trzeba było jechać, robił nasz orszak pogrzebowy szczególne wrażenie.

Przechodnie stawali i wzruszali ramionami. Parę razy nawet krzyknął na nas pan Łukasz, żeby za wozem iść, aleśmy ani na krok od szkapy odstąpić nie chcieli.

Słońce przygrzewało coraz silniej, droga stała się piaszczysta, żmudna; szkapa ciągnęła swój ciężar z pewnym wysileniem; zdrowe jej oko mrużyło się od blasku, na ślepym, osłupiałym siadały rozdrażnione gorącem muchy. Natychmiast ułamaliśmy kilka wierzbowych witek i zaczęli ją skwapliwie oganiać. Sami nie czuliśmy zmęczenia. Boso, w lichych szarawarkach i kurtkach łatanych dreptaliśmy obok szkapy wesoło, ochoczo, a krzyże cmentarne wciąż rosły, a rosły przed nami...

Że trumny nie miał kto nieść, puszczono nas z wozem za bramę. Ale tu czekać trzeba było, gdyż grabarz dołka nie skończył kopać i dopiero teraz pośpiesznie wyrzucał z niego żółty piasek. Natychmiast zaczęliśmy rwać dla szkapy szczaw zajęczy i soczystą babkę, której pełno było na drożynie. Tymczasem ojciec z panem Łukaszem zdjęli z wozu trumnę i postawili ją nad brzegiem dołka. Nie musiała być ciężka, bo kumoter, choć stary, prosto pod nią stał, a jednak ojca tak zgięło do ziemi, jak ten krzyż padającego Chrystusa, com go na stacjach bernardyńskich widział.

Zaraz też brzęknął cienkim głosem dzwonek, a w chwilkę potem przyszedł ksiądz w komeżce i kościelny z krzyżem i z kropidłem. Spojrzał na nas ojciec surowo, więc my poklękali z Felkiem trzymając w garściach pęki świeżej trawy. Pan Łukasz i ojciec poklękali także, grabarz kończył robotę. Raz, dwa, trzy odprawił ksiądz swoją łacińską modlitwę, wspomniał imię i nazwisko matki, "Ojcze nasz" mówić kazał, sam zacząwszy głośno.

Podniósł ojciec twarz i obie ręce w niebo; z jego wzniesionych oczu padały łzy ciężkie, grube. Felek tuż przy mnie klęcząc trzepał pacierz z wzrokiem utkwionym w szkapę.

Zrobiła się cisza taka, że słychać było leciuchne szmery wierzby i cykanie świerszcza.

- O, je!... je!... - rozległ się nagle wśród tej ciszy cienki głos Piotrusia, który pełne rączyny trawy i wiosennego kwiecia szkapie przed pyskiem trzymał rozsypując bratki polne i białe stokrocie. Szkapa delikatnie z rąk dziecka brała wargami trawę i żuła ją, przechyliwszy łeb, melancholicznie zwróciwszy ślepe, zbielałe oko w słońce. Spojrzał ksiądz, zmarszczył się ojciec, a ponieważ najbliżej klęczałem mu pod ręką, silnie mnie za ucho pociągnął.

Wnet Felek zaczął się rozgłośnie pięścią w piersi bić, na znak, jako już pacierz i wszystko, co do niego należało, dokumentnie skończył, za czym zerknąwszy na ojca, chyłkiem do szkapy pomknął, a i na mnie kiwnął. Ksiądz też trumnę pokropiwszy, z czego i nam się coś niecoś poświęcenia dostało, z kościelnym odszedł.

Dołek jeszcze nie był wybrany. Grabarz na glinę natrafił i po trochu ją tylko, jak masła na chleb, na łopatę brał.

Ojciec modlił się ciągle. Wszakże panu Łukaszowi pilno widać było, bo raz w raz tabakę niuchał i na wóz pozierał, a w głowę się drapał, aż schyliwszy się do ojca, poszeptał z nim mało wiele, za ręce się ścisnęli, potrzęśli raz i drugi raz z wielkim przyjacielstwem, po czym kumoter do szkapy poszedł.

Jużeśmy ją wystroili jakby pannę młodą. Świeże, rozkwitłe gałęzie akacji sterczały jej za uszami, za uprzężą, za chomątem, gdzie tylko co wetknąć się dało. Pęk żółtych mleczów tkwił nad czołem, pod skrzyżowanym rzemieniem. Z grzywy opadały ostróżki i zajęcze maczki. Resztę zieleni trzymaliśmy w rękach, aby szkapę od bąków opędzać.

Zaczął się teraz prawdziwy tryumfalny pochód.

Najpierw kroczył Piotruś nie patrzący drogi, nadeptujący małe, świeże, z żółtego piasku sypane grobki dziecięce, ile razy się na wóz obejrzał. Za Piotrusiem szkapa wyrzucała z cichym parskaniem łbem, obciążonym kwieciem i zielenią, ja zaś i Felek, jak giermkowie, po lewej i po prawej stronie. Wóz toczył się z wolna, to podnosząc się, to padając na zapadłych grobach, a za nami z głuchym, coraz to głuchszym łoskotem padała ziemia na matczyną trumnę.